|
RUMUNIA TREK 2006
SAMOTRZEĆ - ja, Karol i Szpera
NORBERT
KAROL
SZPERA
Wjeżdżamy na teren Rumuni, niedzielnym rankiem
25 czerwca przez przejście graniczne w pobliżu miasta Oradea. W planie
około 2 miesięcy wędrówki. Pierwsze dni - poprzez góry Craului i góry Vladesa
docieramy do gór Bihoru. Po drodze zaliczamy liczne tu jeziora wraz z Draganem
i imponującą zapora dzięki której powstało to fantastyczne górskie jezioro.
Bihor - tu między innymi wjeżdżamy na Cucurbata
Mare /1848/ aby potarzać się w śniegu. Wszak śnieg w lipcu przy temperaturach
powyżej 30 *C jest atrakcją której odpuścić nie potrafię. Szwendając
się dalej po Bihorze, szukając nowych wrażeń i odświeżając zeszłoroczne,
penetrujemy kilka jaskiń oraz kilka starych nie eksploatowanych obecnie
kopalni. Zaliczamy tez okolice Avram Ianku i pobliski, a ważny dla Rumunów
szczyt Cain Cruise /1446/.
Ruszamy dalej, góry Gilauli, góry Metalifrei
wpadamy na zakupy do Devy - warto przelecieć się przez ruiny zamczyska
górujące nad tym miastem. Z Devy robimy wypad do Aradu, głównie z powodu
twierdzy - by na miejscu dowiedzieć się, że twierdza jest niedostępna gdyż
nadal jest obiektem wojskowym. Za to po drodze penetrujemy ruiny /bardzo
malownicze/ zamku w Soimos.
Wracamy do Devy i kierujemy się w przepiękne
Sureany.
Pniemy się od zachodniej strony pod schronisko
na Prislopie, dalej szwendamy się po połoninach, goszczeni jesteśmy w pasterskiej
kleci. Karmieni ciorbą na mleku z serem i chlebem w składzie o smaku i
konsystencji zbliżonej do fondii. Klecia to pasterski dom na lato. Jedna
izba z ogniskiem na środku, to kuchnia i sypialnia w jednym. Prycze obłożone
skórami, kotły i kociołki wiszące u powały lub nad ogniem. Druga większa,
widniejsza i czyściutko wyszorowana to miejsce robienia i magazynowania
serów i czego tam jeszcze nie robią.
Z Sureanów przez góry Candrel jedziemy do
Sibinu, w tej chwili odpuszczany Sibin - znany nam z zeszłego roku a i
zaplanowany na przejazd z grupą w późniejszym terminie. Niemiłosierny upał
zniechęca nas nawet od czynienia jakichś większych a koniecznych przecież
zakupów żarciowych. Mkniemy więc do gór Fagaras, które lekko zahaczamy
w ich północnej części. Tu "odbywamy" zaplanowany odpoczynek. Miało być
tak: dwa noclegi w jednym miejscu, jakieś pranie, klar na pokładzie naszego
ryndza. Leżenie do góry kołami. Kąpiele w rzece itp. Skończyło się na jednym
noclegu, praniu i porządkach a potem, około 17 stwierdziliśmy z Karolem,
że "zdychniemy" tu z nudów i koniecznie należy
ruszać w dalszą drogę. To się nazywa amok.
Wjeżdżamy w obszar w którym w licznych wioskach
występują licznie, liczne* kościoły warowne oraz chłopskie zamki. Słowem
kierujemy się na północ w kierunku Sighisoary. Stan wspomnianych kościołów
i chłopskich zamków jest b. różny. Od przygotowanych do zwiedzania, przez
takie które organizują zajęcia dla młodzieży, do takich które samotne i
opuszczone "świecą" liszajami bezlitosnego czasu. Poza wrażeniami z ww
budowli, okolica mimo sympatycznych widoków łagodnych wzgórz i malowniczych
wiosek jest mało ciekawa, szczególnie przy takich upałach. Wszystkie rzeki
wyglądają jak błotniste ścieki, a potoki oferują wyłącznie ślad po swoim
istnieniu. Okolica ta zyskała u mnie miano doliny śmierci..., wszystko
przez to, że nie było gdzie schładzać ciężko dyszącego psa.
Sighisoarę przelatujemy z powodów identycznych
jak Sibin. Wjeżdżamy w Hargity i jak zwykle tradycyjnie tu: leje, burze,
i znów leje.
Niestety, Hargity za niedługo /w dolinach/
będą stracone. Setki powstających jeden na drugim domków, płoty, siatki,
zasieki z drutu kolczastego..., chyba wiem dlaczego nie lubię tych gór.
Unia funduje to, unia funduje tamto. Węgierskość wypiera Rumuńskość, w
brzydkim stylu, ale to oddzielny temat. Na szczęście jest tam jeszcze odkryty
przez nas /i dla nas/ zakątek nazwany rajem. Z Hargitów kierujemy się przez
Georgheni do gór o nazwie Giurgeu. Dalej wjeżdżamy w góry Hasmas. Zahaczamy
o Bicaz Chej /strasznie jest bo wypadło to w niedzielę / uciekamy stamtąd
w te dyrdy kierując się góry Tarcauli i góry Bodok oraz do Brasowa.
Brasow, przez upały, psa i niechęć do tłumów
zwiedzamy nocą. Jest piękny. Jeszcze piękniejszy /dla mnie/ jest pobliski
zamek w Rasnowie. Kierujemy się w góry Bucegi. Bucegi witają nas lekkim
ochłodzeniem, czasami nawet coś jakby popadywało. W Bucegach "spindramy"
landryną się na szczyt o nazwie Costila /2495/. Szwendamy się trochę po
reszcie Parku Narodowego. Jak na nasz gust u podnóża gór za dużo cywilizacji.
Spadamy stamtąd kierując się ku górom
Reteztu przez góry Fagarasz /część południową - leje i burze/ oraz góry
Lotrului wypogadza się ale nie za bardzo, a sporadyczne burze to albo wiadra
wody albo grad taki, że jeżeli nie staniesz to pewnie stracisz szybę.
Retezat, kolejny Park Narodowy, mimo jakiego
takiego zagospodarowania nie razi cywilizacyjnie. Z Retezatów kierujemy
się przez Deva na Bihor /gdzie znów łazimy po podziemiach i do Oradea gdzie
mamy umówione spotkanie z towarzyszami naszej dalszej podróży.
- GRUPOWO -
Realizując zaplanowaną dla grupy trasę powielamy
nasz samotny /w sensie jednego samochodu/ - z uwzględnieniem turystycznego
charakteru grupy, wcześniejszy przejazd przez: góry Craului, góry Vladesa
poprzez jeziora do gór Bihoru. Tu spory kawałek czasu przeznaczamy na Park
Nrodowy Padis. Szwendamy się po okolicach, łazimy po jaskiniach i górach.
Po opuszczeniu Padisu wjeżdżamy na Cucurbata
Mare /1848/ ale śniegu już nie ma. Okolice Avram Ianku i pobliski, a ważny
bardzo szczyt Cain Cruise /1446/ oferuje nam nie lada przeżycie. Lądujemy
w samym środku bardzo ważnego dla Rumunów święta; festiwalu ku pamięci
Arama Ianku. Ruszamy dalej, góry Gilauli, góry Metalifrei wpadamy do Devy,
stąd zbaczamy trochę by wstąpić do Hunedoary.
Dalej przez Sureany /tu szwendamy się obficie
po połoninach i zaliczamy kilka szczytów w tym Varful Lui Patru /2130/.
Jazdy choć spokojne, turystyczne - dostarczające sporo emocji i wrażeń.
Z Sureanów kierujemy się do Sibiu. W Sibiu
polecam restauracje La Turn. Mimo, że w samym rynku; to dobra i normalna
cenowo knajpa serwująca rodzime potrawy. Z Sibiu przelatujemy na i przez
"transfogarską". Imponujące to przedsięwzięcie oglądane oczami człowieka
który przeszwendał się dopiero co po równie karkołomnych serpentynach w
wersji ledwo co utwardzanej, albo i nie utwardzanej..., nie wywołuje pożądanych
wrażeń. Przemykamy na druga stronę Fagaras, po drodze nie odpuszczamy /temu
właściwemu/ zamkowi: Peenari - czyli prawdziwej siedzibie "Drakuli". W
Cimpulungu opuszcza nas załoga Sławka który wraca już do PL po 10 dniowej
turze. Jako, że dalsza trasa przebiega koło zamku Bran, są tacy co zaglądają
i do niego.
Docieramy do Bucegów, kręcimy się trochę po
Parku Narodowym i wjeżdżamy w dwa auta ponownie na Costile /2495/.
Z Bucegów przez robiący wrażenie zamek Rasnow, docieramy do Braszowa. Braszow
zwiedzamy zwyczajowo już późnym popołudniem lub jak kto woli wczesnym wieczorem.
Nocny przelot asfaltami do północnej części Fagaras. Rano poprzez kościoły
warowne / w jednym z nich spotykamy Polkę, dziewczyna jest z Piły i w ramach
działań jakiejś fundacji zaangażowana jest w rekonstrukcję tego kościoła/
i chłopskie zamki jedziemy do Sigihisoary. W Sig. żegna się z nami załoga
Janusza. Zostaje jeszcze do wieczora Andrzej z Krzyśkiem. Tak czy
siak rozłazimy się. Wieczorem spotykamy się z Andrzejem by wspólnie zobaczyć
to co oferuje festiwal średniowiecza w Sig. Po prawdzie nie oferuje nic
atrakcyjnego i zmierza raczej w kierunku czegoś co jest namiastką naszego
Owsiakowego "łudstoka" niż średniowiecza. A szkoda /aby było jasne; nie
szkoda, że idzie w kierunku "łudstoka" tylko szkoda, ze zatraca swój "średniowieczny"
zamysł/ sceneria tego miasta aż się prosi o taką imprezę. Nad ranem zmęczeni
wyjeżdżamy
z Sig. i śpimy na jednym...
PONOWNIE SAMOTRZEĆ - JA,
KAROL I SZPERA
... z okolicznych wzgórz. Rano jak zwykle zaczyna
się upał, jedziemy zobaczyć przegapiony przez nas zamek w Biertan /powiedzieli
mi o nim spotkani w nocy w Sig. sympatyczni młodzi polscy wędrowcy będący
w drodze do Turcji. Dalej zaliczamy Targu Mures gdzie postanawiamy /upał
straszny - palące słońce/, że nie wracamy już do Sig. tylko lecimy w góry
bo tam chłodniej. Poprzez Reghin docieramy do gór Kelemen i wbijamy się
w ich wyższe partie. Taplamy się w tamtejszych rzekach i dochodzimy do
siebie po krótkiej acz intensywnej wizycie w cywilizacji. Odnajdujemy też
monument Decebala. Ruszamy w góry Besztercei gdzie zahaczamy o jeziorko
Colibita. Dalej nasz szlak wiedzie przez Prislopui do Parku Narodowego
Calimani. Tu pozwalamy sobie /na dojeździe do PN na naprawdę ekstremalne
kawałki ofrołdzenia. W PN zaliczamy Nicola /1434/ oraz Ratitis /2021/.
Z gór zjeżdżamy do Toplita i dalej przez góry
Hasmas, i jeszcze dalej przez przełęcze Balaj, Bursu Cariei, Rotunda, Saua
Gatei ciężkim wymagającym off-road`em często gęsto w deszczach, docieramy
do Rodańskich. Tu los funduje nam huśtawkę, co my do góry to burze, wichury
i ulewy, no to my na dół by przeczekać. Jak przestaje to my do góry i cała
polka zaczyna się od nowa. Po trzech dniach prób i spania wśród huczących
przepełnionych rzek w mokrych jarach postanawiamy: dosyć tego. Skończył
nam się również gaz gospodarczy i zostajemy z jednym 1 kg patronem. Nie
mamy również już w zapasie półosi która wymieniałem kila dni temu przy
okazji ekstremalnych podejść do PN Calimani, a warunki deszczowej jazdy
w Rodańskich wskazują na możliwość kolejnej półosi /mam z tyłu "trutraka",
dyfer więc wytrzymuje, nie wytrzymują za to dłuższe półosie. Zostawiamy
Rodnańskie na przyszły rok, co nie znaczy, że nie machneliśmy w ich kilkudziesięciu
km górskich jazd. Nawet znaleźliśmy spore pokłady śniegu !.
Jedziemy jeszcze do Cluj Napoca, miasto zwiedzamy
tradycyjnie dla tego wyjazdu - wieczorem. Dalej skok asfaltami w góry Crailui.
Ostatni nocleg w Rumuni tego wyjazdu; w cichej i spokojnej dolinie. Rano
w towarzystwie wędrujących świń, pasących się koni i krów czynię przygotowania
do powrotu. Wymieniam rozwalonego na gumach panharda, dociągam tu i ówdzie
śrubki. Ruszamy do Oradea.
W mieście trafiamy na jakiś festyn. Jedząc
miczi, włócząc się po mieście odwlekamy czas wyjazdu. Rozważamy jeszcze
wypad na kilka dni do Padisu, ale brak gazu i puszek z żarciem dla Szpery
/praktycznie nie występują w sklepach a cena w PL 5 do 6 zł wynosi w Rumuni
10 Lei czyli ca 12 zł za puszkę/. Brak zapasowej półosi i prawdę mówiąc
również totalne zmęczenie powoduje, że ruszamy w stronę granicy, przekraczamy
ją 6 sierpnia po 42 dniach wyrypy. W PL na przełęczy Dukielskiej jesteśmy
około północy. Zbaczamy jeszcze w Bieszczady /pomyłka, wracając z dzikich,
pustych gór Rumuni pojechać w Bieszczady w środku tzw sezonu by szukać
echa
dawnych lat - to po prostu pomyłka/. Następnego dnia wieczorem jesteśmy
w Krakowie.
Kilka dni odpoczynku w Krakowie i ruszamy
dalej na północ do domu do Zbrojewa.
*licznie, liczne - żarcik taki
RÓŻNE PODRÓŻNE
Ceny:
Rumunia cenowo w chwili obecnej jest ciut
droższa niż PL, to cena za unię. Sytuacja podobna jak u nas przed przystąpieniem
Polski. Mamy mieć ceny jak w unii, i nikogo nie obchodzi, że płace nie
są jak w unii.
Paliwa:
Patrz ceny, jednostkowo niższe ale po przeliczeniu
lei na złotego wychodzi porównywalnie.
Warto aby autonomia pojazdu była powyżej 600km.
Polecane stacje to Lukoil miła obsługa, spory
sortyment towarów, płatności kartą. Wyjątkiem jest stacja Lukoilu w Devie
gdzie personel często rżnie głupa, że terminal nie chodzi i liczą na zapłatę
w Euro po kiepskim kursie. Należy się upierać przy karcie /bo to ich problem/
lub kazać zawieść się do centrum do bankomatu. NB to jedyna sytuacja w
tegorocznym wyjeździe gdzie ktoś próbował mnie orżnąć. Wszędzie indziej
poczynajac od straganów z warzywami i owocami a kończąc na marketach, widząc
cudzoziemca rozliczano się co do złamanej bani.
Oczywiście tankowałem i na innych stacjach,
nie mam zastrzeżeń do jakości paliw /oprócz to chwili powrotu do
PL, od kiedy tankuje w PL po powrocie auto znów jest mułowate mimo to,
że przecież w odróżnieniu od Rumuni, tu jeździ prawie puste.
Widocznie w Rumuni ktoś inny niż orzeł pilnuje
jakości.
Drogi:
Główne drogi to horror, pędzące Tiry. Wyprzedzanie
na trzeciego /brak poboczy/ ścinanie zakrętów.
Boczne inna bajka, uprzejmość, leniwość ruchu,
spokój.
Bezpieczeństwo:
"Ludzkie"
Moim zdaniem pełne. Przez 42 dni w Rumuni
z czego 30 bez żadnego towarzystwa, w jedno auto, spiąć gdzie bądź niekiedy
w pobliżu wiosek, niekiedy totalnie na bezludziach nigdy, powtarzam nigdy
- nie czułem się zagrożony, niepewny czy tp. Ludzie niezwykle życzliwi.
Na festiwalu /w gruncie rzeczy o lekkim chyba wydźwięku narodowców/ Avram
Ianku lał Węgrów i Austryjaków dla wolności Rumunii/, jako jedyni obcokrajowcy
wśród tysięcznego tłumu Rumunów w przeróżnym wieku, jedzących i pijących
do obucha, byliśmy goszczeni i witani/ Swoją drogą fenomen, tylu ludzi
pod wpływem alkoholu i żadnych awantur, bijatyk etc.
Na co dzień widzi się dużo policji /oczywiście
nie w górach/, mocno dofinansowana od zeszłego roku /czyżby obawa, że naród
powie nie /przedchunijnemu zaciskaniu pasa - nie wykluczone bo i w odróżnieniu
od zeszłego roku widuje się dużo "Jandarmeria" czyli żandarmerii/. Uwaga:
większość nowych radiowozów na zamontowane radary.
"Górskie"
Góry są dla myślących i nie ma co tu więcej
na ten temat pisać.
"Jazda"
W górach nie ma taryfy ulgowej, szczególnie
jeżeli wędrujesz w jedno auto. Czasami lepiej jest odpuścić niż pchać się
na siłę. Bywały takie miejsca gdzie /mimo, że trochę wiem na temat jazdy
w terenie - a i uczyłem się jej w warunkach górskich/ przejeżdżałem z duszą
na ramieniu a Karol i Szpera byli poza autem. Kilkakrotnie docieraliśmy
do miejsc które może i w dwa auta bym "robił" ale będąc sami - odpuszczaliśmy.
Na więcej pozwoliliśmy sobie pod koniec /5i i 6 tydzień podróży/ , mając
za sobą moc wrażeń z poprzednich tygodni mogliśmy zaryzykować konieczność
wcześniejszego niż planowanego zjazdu do PL wskutek wykończenia auta. Na
szczęście obeszło się bez większych problemów /patrz awarie/
"Finansowe"
Zawsze należy mieć ze sobą Leje. Bywają
całe obszary gdzie o wymianie pieniędzy czy o bankomatach można zapomnieć.
"Medyczne"
Na pewno dobrze zaopatrzona apteczka i rozsądek,
a w przypadku zachwiania rozsądku..., zdrowy rozsądek - to najlepsza rada
na ten temat.
Jedzenie:
Na miejscu można kupić wszystko więc szkoda
targać coś z PL. Ceny porównywalne.
Awarie:
1 Przedni dyfer, zaraz na samym początku,
dosłownie na niczym, Ale to inna opowieść.
Wymiana, a rozwalony do reklamacji /przebieg
ca 1500 km/
2 Klocki hamulcowe, zużyte w 14 dni na glinie
z dodatkiem miki
Wymiana z zapasu
3 Pogięte drążki
Prostowane na bieżąco
4 Amortyzator skrętu zniszczony
jazda po górach bez, na drogi zakładany z
zapasu. 5 minut roboty a jaka oszczędność J
5 łożyska piasty lewy przód.
Wymiana z zapasu.
6 Kapeć
Wulkanizator
7 wyciek oleju z przedniej gruchy wynik
pozycji nr 1
Zaspawany w warsztacie
8 półoś tylna długa
Wymiana z zapasu
9 Końcówki drążków /wymieniane przed wyjazdem/
Doturlałem się na luzach do PL /ale zżarło
jedną oponę/
10 sitenbloki w panhardzie
Wymieniony z zapasu
11 dwa krzyżaki /przedni most/
wymienione w drodze powrotnej w Krakowie*
* dzięki serdeczne dla warsztatu na ulicy Skośnej,
szybko i solidnie.
Podsumowanie:
42 dni spędzone w Rumuni na intensywnych wędrówkach
wykończyły nas fizycznie. Problem może nie w tym, na ile to może być męczące
co w amoku który nas ogarnął. Więcej, dalej, mocniej. Praktycznie bez dnia
wytchnienia machnęliśmy ca 6000 km po górach. Dzień po dniu, wstając świtem
przemieszczaliśmy się bez przerwy niekiedy do późnej nocy. Ciągła zmiana
wysokości, często gęsto zmiana frontów atmosferycznych.
Łaziliśmy po jaskiniach, starych kopalniach,
rzekach i potokach. Wjeżdżaliśmy na szczyty, czasami też wchodziliśmy :).
Lipcowe upały mocno dawały się we znaki, palące
z góry słońce nie dawało nadziei na cień. Krótkie i jasne noce nie dawały
odpowiedniej ilości snu.
Zapomnieliśmy się i nasza to wyłącznie wina.
Można było przecież co kilka dni zrobić sobie dzień czy dwa odpoczynku.
Sypialiśmy głownie w aucie, choć czasami na
kanadyjkach poza autem. Grupa towarzysząca nam przez 11 dni preferowała
namioty i od czasu do czasu pensjonaty.
Wolę auto lub kanadyjkę, w górach często nie
ma gdzie rozstawić namiotu /skała, pochyłości terenu itp./ zresztą składać
go i rozkładać codziennie, jeszcze jak pada..., na to jestem za wygodny.
Było SUPER, wracamy tam za rok.
Norbert & Karol & Szpera
|